Dla zarejestrowanych 25% rabatu. Promocja trwa do 28 listopada. Obowiązują wykluczenia i regulamin promocji. Turf Piłka nożna Buty (30) Ukryj filtry. Nasza kolekcja kolorowanek piłkarskich jest idealna dla dzieci, które kochają piłkę nożną i chcą wyrazić swoją pasję do gry poprzez sztukę. Wszystkie nasze kolorowanki piłkarskie można wydrukować, co oznacza, że możesz je łatwo pobrać i wydrukować w domu. Ułatwia to dostęp do naszej kolekcji i zabawę w kolorowanie, kiedy - Frustracja kibiców jest uzasadniona, jednak zachowanie bandyty, który wpada na boisko i chce pobić piłkarza jest skandaliczne. To są rzeczy które nie powinny się zdarzyć. Piłka nożna emocjonuje wszystkich, niestety też bandytów. Od walki z nimi jest policja. To co się wczoraj stało, jest do nie do zrozumienia. Mimo, że polska piłka nożna rzadko triumfuje podczas mistrzostw, nadal jest najpopularniejszą dyscypliną sportową w kraju. Podobnie sytuacja wygląda jeśli chodzi o zakłady piłkarskie, które z całej oferty bukmacherów należą do najczęściej stawianych zakładów wzajemnych, a gracze mają do wyboru bardzo szeroki wachlarz rynków i kursów. Olympic. - Demonstration 1952. - (recognized as a sport by the IOC in 2001) Paralympic. No. World Games. No. Bandy is a winter sport and ball sport played by two teams wearing ice skates on a large ice surface (either indoors or outdoors) while using sticks to direct a ball into the opposing team's goal. [2] [3] Vay Tiền Trả Góp 24 Tháng. PRZEGLĄD SPORTOWY: Był pan w tygodniu razem z prezesem PZPN Michałem Listkiewiczem w Austrii w sprawach organizacji mistrzostw Europy. Czy współpraca z aktualnym wciąż szefem PZPN to przyjemność, czy tylko obowiązek? MIROSŁAW DRZEWIECKI: Jednak obowiązek, bo nie ma wątpliwości, że ekipa, która rządzi w PZPN ponosi odpowiedzialność za sytuację w polskim futbolu. To nie jest ta ekipa, która powinna rządzić dalej. Czekamy na 14 września i na zmiany. PS: Znów doszło jednak do skandalu. PZPN nie potrafił odpowiednio zorganizować finałowego meczu o Puchar Polski. Sprzedawano bilety osobom z zakazem stadionowym i była zadyma. Jako minister sprawuje pan nadzór nad związkami, jakie więc będą sankcje? PZPN ma swoje przepisy. Jeśli podejmie decyzje, które będą naruszały prawo, to ja wtedy w trybie nadzoru będę reagował. Ale musi być podstawa, nie mogę wróżyć z fusów. Co do kwestii sprzedaży biletów - to się bierze z niedoskonałości narzędzi, jakie daje ustawa. Zakaz stadionowy to martwy punkt, nie ma jak tego wyegzekwować. W MSWiA jest przygotowywana nowa ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych, lepsza, która zmieni filozofię tego wszystkiego. (...) PS: PZPN karze kluby za ekscesy na stadionach. Czy teraz związek powinien siebie ukarać? Na pewno nie może ukarać Legii, to jest oczywiste. Natomiast prawda jest też taka, że firma ochroniarska, która była na stadionie w Bełchatowie, dopuściła do sytuacji, że wniesiono race. I te race były zarzewiem tego wszystkiego. Takiej firmie na pewno bym nie zapłacił, bo to jest fikcja, że oni coś chronią. PS: Powiększa się bałagan w polskiej lidze w związku z karami degradacji. Co pan o tym sądzi? Kluby muszą ponosić odpowiedzialność za korupcję, ale sytuacja, jaka powstała w polskiej lidze, jest zawiła. Boję się, że Widzew, Jagiellonia, Korona i ktoś tam jeszcze zostanie zdegradowany, a kilka tygodni później kluby, które na tym skorzystały, staną pod takim samym zarzutem. Czyli zgniłkę zamienimy na zgniłkę. Wszędzie musi być troska, aby nie wylać dziecka z kąpielą, żeby nie zabić pierwszej i drugiej ligi. Data utworzenia: 17 maja 2008 05:05, aktualizacja: 17 maja 2008 05:06 Noc z niedzieli na poniedziałek na Łazienkowskiej 3 była bardzo gorąca. W przerwie meczu z Jagiellonią spiker poinformował publiczność, że w związku z bijatyką na trybunach biuro bezpieczeństwa miasta zdecydowało, że druga połowa się nie odbędzie. Wszyscy mieli jak najszybciej opuścić stadion, właściciele klubu zostali jednak w swoich lożach i ułożyli plan na sytuację kryzysową. Bogusław Leśnodorski powiedział wczoraj, że niedziela była najgorszym dniem jego prezesury. Mówił to jednak nie pierwszy raz – kiedy kibice Legii bili się w Rzymie przy okazji meczu z Lazio, także nie było mu do śmiechu. – Jesteśmy gotowi na poniesienie wszystkich konsekwencji, także tych finansowych. Niestety, jednym meczem cofnęliśmy się w rozwoju klubu o dobrych kilka lat. Największe straty dotyczą naszego wizerunku – mówił Leśnodorski. Nie było układu Prezes wyszedł przed szereg – posypywał głowę popiołem dwa dni przed środą. Wojewody Jacka Kozłowskiego, który wielokrotnie straszył zamknięciem stadionu, do tej pory nie chciał słuchać. Wczoraj zapowiedział współpracę i z Kozłowskim, i z policją. Legia nie czeka na kary, chce rozmawiać już i teraz, żeby samemu zaproponować inne rozwiązania. Popiół na głowie prezesa znalazł się trochę na siłę. Leśnodorski zrozumiał, że stracił wszystkie argumenty do bronienia kibiców. Przyznawał się do winy, ale nie do końca, kamuflując swój udział w tym, że poszedł na zbyt duże ustępstwa i swoją polityką wobec trybun spowodował wydarzenia z niedzieli. Prezes zapewnił, że nigdy nie poszedł na układ z fanatykami Legii, a tylko rozmawiał z przedstawicielami wszystkich środowisk kibicowskich. Nikt jednak nie dopytywał o to, kto latał na mecze wyjazdowe razem z drużyną, kto tatuował ramię prezesa i dlaczego Leśnodorski nie ma pojęcia, jak na stadion wniesiono race. Powinien mieć, bo wnoszone są na każde spotkanie. Jeśli kibice słyszą, że prezesowi race się podobają, czują przyzwolenie na to, by je odpalać. W niedzielę sprawdzili, na jak wiele więcej mogą sobie pozwolić. Układ przyjacielski na linii władze klubu–trybuny, nie miał prawa się sprawdzić. Tutaj musi być wiadomo, kto trzyma władzę, dzieci muszą wiedzieć, gdzie leży granica, na której przekroczenie dorośli nigdy nie pozwolą. – To, co wydarzyło się w trakcie niedzielnego spotkania na Łazienkowskiej, nigdy nie powinno mieć miejsca. Jestem przekonany, że wszyscy winni poniosą konsekwencje. Już zostało wydanych kilkanaście zakazów stadionowych, a ich liczba może wzrosnąć nawet do 50. Będą one maksymalnie długie, a moim zdaniem powinny być nawet dożywotnie, ale na razie prawo na to nie pozwala – mówił Leśnodorski. Czekając na kary Prezes Legii uhonorowany został przez tygodnik „Piłka Nożna" tytułem Człowieka Roku 2013 w polskiej piłce. Wciąż dla naszej ligi zrobił więcej dobrego niż złego, tyle że w pewnych sprawach słuchał złych doradców. Wczoraj usłyszał pytanie, czy poda się do dymisji. Na razie nie planuje. W konferencji uczestniczył także właściciel 80 procent akcji klubu Dariusz Mioduski. – Liczę, że wypracujemy wspólne stanowisko, chcemy wprowadzać zmiany. Jednocześnie nie godzę się na odpowiedzialność zbiorową. Zamykanie stadionów i karanie wszystkich kibiców to nie jest dobra droga. Wykorzystajmy te instrumenty, które mamy, by ukarać chuliganów – mówił. Co może spotkać Legię w najbliższych dniach? Policja wystąpi o zamknięcie stadionu do końca rundy wiosennej oraz złoży zawiadomienie do prokuratury o popełnieniu przestępstwa przez organizatora. W ocenie ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza całą winę za zajścia podczas meczu ponosi jego organizator, czyli Legia, który zbyt późno wystąpił z wnioskiem o wprowadzenie sił policyjnych na teren stadionu oraz popełnił „rażące zaniedbania przy zabezpieczeniu widowiska". Pojawiły się także informacje o kilku milionach złotych kary dla Legii, a także o możliwości wysłania wniosku do UEFA o wykluczenie klubu z rozgrywek międzynarodowych. Nie wiadomo też, jaka będzie decyzja w sprawie przerwanego meczu z Jagiellonią. Legia może zostać ukarana walkowerem, druga połowa spotkania może jednak także odbyć się w innym terminie. Z pracą w Legii pożegna się zapewne Dariusz Derewicz, dyrektor do spraw bezpieczeństwa. Najprawdopodobniej zwolniony zostanie Wojciech Hadaj, który uważa się za spikera. Bugajski: Bandyci trzymają się mocno [felieton] 13 lip, 06:00 Ten tekst przeczytasz w 4 minuty Emocje już trochę opadły, ale problemy pozostały. Domowy mecz piłkarzy Lechii Gdańsk w pierwszej rundzie kwalifikacji do Ligi Konferencji Europy przypomniał, jak groźną patologią w polskiej piłce są bandyci, których chyba dla spokoju sumienia nazywamy "stadionowymi". W rzeczywistości ich szkodliwa i demoralizująca działalność jest odczuwalna na każdym kroku. Doskonale o tym wiedzą w wielu klubach, ale wolą milczeć niż narażać się na bandyckie reakcje — pisze w felietonie Antoni Bugajski. Foto: -/- Kibole Lechii Gdańsk Tu na plan pierwszy wysunęli się ludzie, którzy wcale nie pchają się przed mikrofony czy kamery. Dopuścili się przemocy, bo w poczuciu bezkarności uznali, że raz na jakiś czas warto a nawet trzeba to zrobić. Teraz już każdy wie, że jeżeli tylko będą chcieli, są w stanie przerwać mecz w dowolnej chwili — pisze o sytuacji z meczu Lechii Gdańsk Antoni Bugajski — Bandyci chcą mieć wpływ na strategiczne decyzje, dostawać coś ze sprzedaży klubowych gadżetów, z cateringu, w ogóle chodzi o udział w przychodach z dnia meczowego, no i żeby sami mogli wtedy przeprowadzać swoje szemrane transakcje — dodaje — Kiedyś na tej zasadzie bandyci próbowali zagnieździć się w Lechu Poznań, potem udało im się doprowadzić niemal do upadku Wisłę Kraków. W wielu innych ośrodkach szefowie klubu szukali kompromisu z bandyckimi środowiskami — zauważa Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej "Klub to my, a nie wy" – lubią skandować sfrustrowani kibice (pod hasłem "klub" kryje się jego konkretna nazwa), kiedy widzą, że drużyna gra poniżej oczekiwań, a ludzie odpowiedzialni za jej jakość nie stają na wysokości zadania. Takie zachowanie nie dziwi, bo ludzie płacący za bilety, albo nawet nie płacący, bo akurat w tej kwestii nie ma to kluczowego znaczenia, przychodzą na stadion z nadzieją, że w dobrym humorze spędzą kilka godzin, zwyczajnie będą się nieźle bawić. Są przygotowani na sportowe rozczarowania, ale nie znoszą fałszu i pozorowania gry. Zakładają, że ich ulubiony zespół zrobi wszystko, aby osiągnąć dobry wynik, więc jeżeli pierwszy, drugi, trzeci raz coś nie idzie po ich myśli, zaczynają się denerwować i sięgać po dostępne środki wyrażania niezadowolenia i gniewu. Polecamy: Już 15 lipca! Skarb Kibica i gazeta na weekend, czyli 148 stron od "Przeglądu Sportowego" ***** Mecz piłkarski to nie spektakl teatralny, choć dla efektów retorycznych lubimy czasem takie porównania. Piłkarze muszą mieć grubą skórę, działacze też. Podczas spotkania aż więdną im uszy, ale zdegustowanego kibica należy zrozumieć, jeśli nawet czasem wymaga to zaciskania zębów i puszczania może nawet inwektyw mimo uszu. "Zawaliliśmy na boisku i w gabinetach, więc teraz te wszystkie wykrzyczane szorstkie pretensje bierzemy na klatę" – tak to mniej więcej odbierają piłkarze, działacze, prezesi, właściciele. Nie udawajmy, że jest inaczej. Gorszące incydenty ze stadionu Lechii wskazują jednak na coś innego. Tu na plan pierwszy wysunęli się ludzie, którzy wcale nie pchają się przed mikrofony czy kamery. Dopuścili się przemocy, bo w poczuciu bezkarności uznali, że raz na jakiś czas warto a nawet trzeba to zrobić. Teraz już każdy wie, że jeżeli tylko będą chcieli, są w stanie przerwać mecz w dowolnej chwili i sprawić, że nie zostanie wznowiony. Bandyci, którym wygodnie chować się pod nazwą kibiców (a niechby i nawet pseudokibiców), załatwiają swoje mroczne sprawki, bezczelnie szantażując klub. Oczywiście Lechia nie jest tu żadnym wyjątkiem. Wręcz przeciwnie – ze świecą szukać klubów, które nie mają takiego problemu. Działa to na zasadzie systemu mafijnego: jeżeli się poskarżysz, jesteś skończony, najlepiej będzie dla ciebie, jeżeli zwiniesz swój interes i szybko się wyniesiesz. Wtedy możesz sprzedać swoje udziały za bezcen, no i dobrze się też zastanów, komu, bo bandyci nowego właściciela muszą zaakceptować. Oczywiście masz wybór – możesz nadal mieć klub, ale musisz się z bandytami dogadywać, dopuszczać ich do pańskiego stołu, pozwolić im zarobić. ***** Współfinansowanie podróży na wyjazdowe mecze, wsparcie przy robieniu tak zwanych opraw? Jasne, że tak, ale to dobre dla dzieciaków. Natomiast istotna współpraca zaczyna się przymykaniem oczu na łamania prawa, przy czym cicha zgoda na wnoszenie pirotechniki staje się niewinnym grzeszkiem. Bandyci chcą mieć wpływ na strategiczne decyzje, dostawać coś ze sprzedaży klubowych gadżetów, z cateringu, w ogóle chodzi o udział w przychodach z dnia meczowego, no i żeby sami mogli wtedy przeprowadzać swoje szemrane transakcje. Jeżeli jakiś nowy w piłkarskiej branży prezes czy właściciel nie godzi się na bandyckie zwyczaje i próbuje protestować, wtedy wykrzykuje się prosto w twarz takim naiwniakom: "Klub to my, a nie wy!", co nabiera zupełnie innego znaczenia niż stadionowa przyśpiewka, bo ma znamiona zastraszania. Kiedyś na tej zasadzie bandyci próbowali zagnieździć się w Lechu Poznań, potem udało im się doprowadzić niemal do upadku Wisłę Kraków. W wielu innych ośrodkach szefowie klubu szukali kompromisu z bandyckimi środowiskami. Może dlatego, że nie widzieli innej możliwości, zbyt bardzo zależało im na piłkarskim klubie i już wcześniej wkalkulowali tę niechlubną współpracę albo przynajmniej tolerowanie patologii w swoją działalność. Jeżeli tak, przed polską piłką rysują się ponure perspektywy. ***** Gorszące sceny z europejskiego meczu Lechii powinny być dla nas wszystkich przestrogą. To, co się działo na trybunach stadionu w Gdańsku, nie było aktem zwykłego chuligaństwa. To była demonstracja bandyckiej siły, która zawsze jest próbą narzucenia dyktatu i zburzenia społecznego porządku. I to jest szczęście w nieszczęściu, bo teraz już nikt nie powinien wątpić – choć dowodów z przeszłości też jest bez liku – że tolerowanie patologii w polskim futbolu jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa wykraczającym daleko poza granice sportu. Kluby same sobie z tym nie poradzą. W wykopywaniu bandytów z futbolu potrzebują faktycznego (a nie deklaratywnego) wsparcia samorządu i przede wszystkim państwa. Podkreślmy: wsparcia, a nie zakamuflowanego przybijania piątek, które zawsze może się nasilać wraz ze zbliżającymi się wyborami. A intensywny sezon wyborczy, niestety, znowu przed nami... Data utworzenia: 13 lipca 2022 06:00 To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Czy ludzi, którzy bili się podczas meczu Legia – Jagiellonia można jeszcze wychować na normalnych kibiców? Zbigniew Boniek: Nie widzę takiej możliwości. Nazywajmy ich po imieniu: to są bandyci, dla których nie ma miejsca na stadionie pod żadnym pozorem. Na początku pana rządów w PZPN federacja wprowadziła uchwałę o darowaniu kar zakazu wyjazdów zorganizowanych grup fanów na mecze piłkarskie i kar rozgrywania meczów bez udziału publiczności. Teraz widać, że nie miało to większego sensu. Wtedy to był ważny gest. Wyciągnęliśmy rękę na zgodę, chcieliśmy pokazać, że nie mamy uprzedzeń z przeszłości i proponujemy nowe otwarcie. Ale my przecież teraz mówimy o łamaniu prawa przez bandytów. Ich bandyckie działanie wpływa na ocenę całości, lecz przecież to jest margines. Z bandytami PZPN na pewno nie będzie negocjował, bo po prostu trzeba ich usunąć ze stadionów. Jak? To zadanie dla polskiego rządu, policji, klubów i PZPN. Musimy usiąść i precyzyjnie ustalić plan działania, którego wszystkie strony będą się ściśle trzymać. Takie deklaracje są składane po każdej wielkiej awanturze na stadionie. Kolejny sygnał nie jest już potrzebny. Bandytyzm i chuligaństwo nie są wynalazkiem piłki nożnej. Bandyci zawłaszczają sobie publiczną przestrzeń, wydaje im się, że mogą więcej, niż normalny obywatel. Doskonale widzieliśmy to na stadionie przy Łazienkowskiej. Kibolski bandytyzm dotyczy przede wszystkim Legii? Nie tylko. Grupy bandyckie rządzą w większości polskich klubów. Oczywiście nie dosłownie, ale dlatego jest to jeszcze groźniejsze. Bandyci chcą być traktowani na uprzywilejowanych warunkach, żądają pieniędzy na oprawy, preferencyjnych cen biletów. Gdy ktoś idzie do kina czy na koncert, nie musi się zastanawiać, koło kogo będzie siedział, tylko kupuje wygodne dla siebie miejsce. Nie oczekuje też, że ktoś z każdego biletu odda mu złotówkę, bo czuje się ważniejszym uczestnikiem imprezy. W piłce prezesi stają się niewolnikami chorych układów. Kiedyś mogłem zostać właścicielem polskiego klubu, była konkretna oferta. Nie zgodziłem się z uwagi właśnie na te absurdalne zależności. Na stadionach powinna być policja? Oczywiście. Jeżeli przychodzę na mecz i widzę, że na trybunach są chętni do rozrabiania chuligani, to instynktownie rozglądam się, gdzie jest policja. Dla poczucia bezpieczeństwa potrzebuję takiej przeciwwagi. Muszę mieć pewność, że w razie jakiekolwiek zagrożenia nastąpi skuteczna interwencja. Stewardzi nie wystarczą. Stadionowi bandyci zazwyczaj twierdzą, że to policja ich prowokuje do agresywnych reakcji. Wiem, wiem, bandyci chcą dbać o bezpieczeństwo na stadionach. Czy można sobie wyobrazić większy absurd? Ten sojusz stadionowych bandytów przeciwko policji jest groźny. Bandyci identyfikujący się z różnymi klubami w interesujących ich kwestiach umieją się świetnie dogadać. Na mecz Cracovia – Zawisza przyjechali chuligani z Bydgoszczy, mimo że ich klub nie wnioskował o bilety, bo jasne było, że pojadą tam tylko po to, by kontynuować wojenkę z właścicielem Zawiszy. Cracovia jednak i tak przekazała wejściówki stowarzyszeniu kibiców i potem już Zawisza nie miał kontroli, w czyje ręce one trafiają. W idealnym świecie, człowiek zameldowany w Bydgoszczy, Warszawie czy Poznaniu powinien mieć prawo swobodnego zakupu biletu na mecz w dowolnym miejscu kraju, no ale z tej zasady musimy wyłączyć bandytów. Im trzeba wbić do głowy, że nie ma dla nich miejsca na stadionach. To nauczka dla prezesa Legii, który ma protekcjonalne relacje nawet z najbardziej radykalnym odłamem fanów jego klubu? Prezes Legii musi sam wyciągnąć wnioski. W tym konkretnym przypadku Legię zgubiło cwaniactwo. Po przypadkach łamania prawa w meczu z Koroną Komisja Ligi wykonała ruch uprzedzający, zanim mógł zareagować wojewoda mazowiecki, i zamknęła „Żyletę”. Ale okazało się, że ci ludzie, którzy tam zasiadali, przenieśli się na miejsca w innych sektorach. To na czym polegała ta sankcja za Koronę? Na zamknięciu krzesełek? Przecież ludzie z „Żylety” nie powinni mieć prawa wejść na mecz z Jagiellonią. I gdyby nie weszli, w niedzielę nie oglądalibyśmy tych gorszących scen. Oczywiście chuligani związani z Jagiellonią też są winni. Oni już wcześniej na wyjazdach pokazywali, że potrafią prowokować miejscowych chuliganów. Nie chcę jednak tego roztrząsać. Czekam na decyzje Komisji Ligi Ekstraklasy SA. PZPN też na pewno zareaguje. Jakie powinny być kary? Nie będę wyręczał organów dyscyplinarnych. Nie mam natomiast wątpliwości, że kary w pierwszej kolejności powinny być sprawiedliwe, a nie surowe. Czyli dotkliwe dla bandytów nie dla normalnych kibiców. Szef rządu wziął w czwartek udział w pikniku poświęconym zwiększeniu bezpieczeństwa na polskich drogach w ramach kampanii "Dobry Kierowca". Podkreślał, że samochód nie może być śmiercionośną bronią w rękach skrajnie nieodpowiedzialnych ludzi, a czasami nawet "jeśli pod wpływem alkoholu, to bandytów za kierownicą". - Musimy zdecydowanie temu przeciwdziałać i zgodnie z naszą zapowiedzią z mojego expose zobowiązałem rząd do bardzo zdecydowanych działań w tym zakresie. Zmieniamy w związku z tym niezmieniane od bardzo dawno zasady związane z mandatami, grzywnami, a w przypadku jazdy po pijanemu, pod wpływem alkoholu, będzie także możliwość skonfiskowania samochodu; będą bardzo wysokie kary - mówił premier. Wyraził przekonanie, że podwyższenie kar doprowadzi wreszcie do ostrożniejszej, spokojniejszej jazdy. - Wyjście dziecka do szkoły, czy rodziny na spacer nie może oznaczać ryzykowania życia - podkreślił. [polecam: Morawiecki wskazywał ponadto, że w minionym roku ponad 1,5 tys. razy zatrzymywano kierowców prowadzących pod wpływem alkoholu, którzy spowodowali jakiegoś rodzaju kolizję czy wypadek. - Każdy z nich mógł być wypadkiem śmiertelnym, każdy z nich jest igraniem z ogniem - to mało powiedziane, jest po prostu potencjalną zbrodnią - stwierdził premier. - Dość tego typu zachowań. Nie będzie żadnej pobłażliwości dla bandytów jadących pod wpływem alkoholu. Kary zostaną tutaj znacząco podniesione - zapewnił. Szef rządu, który w czwartek wziął udział w pikniku poświęconym zwiększeniu bezpieczeństwa na polskich drogach w ramach kampanii "Dobry Kierowca", mówił, że zmiany prawa drogowego były przygotowywane od 8-9 miesięcy. - Dzisiaj te zmiany są gotowe, skonsultowane z wieloma podmiotami, organizacjami pozarządowymi. Uwzględniliśmy postulaty ruchów miejskich - dodał Morawiecki. - W miastach, miasteczkach i na polskich wioskach musi być bezpieczniej - oświadczył premier, wskazując, że Polska ma jeden z najwyższych współczynników śmiertelności na drogach w całej UE. Morawiecki podkreślił, że zmiany w prawie drogowym doprowadzą do poprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym: bezpieczeństwa pieszych, rowerzystów oraz kierowców. - Dość pobłażania dla bandytów za kierownicą, dość takich zachowań. Policja będzie działała na 150 proc. i będzie zdecydowania karała w sytuacjach łamania zasad bezpieczeństwa ruchu drogowego, żeby Polska była bezpieczniejsza" - oświadczył. Kompleksowe zmiany dotyczące prawa drogowego mają pozwolić na skuteczniejszą walkę z niebezpiecznymi kierowcami. Modyfikacji ma ulec system punktów karnych. Będą one kasowane dopiero po upływie 2 lat. Za naruszenie przepisów ruchu drogowego kierowca będzie mógł dostać nawet 15 punktów karnych (obecnie maksymalna liczba punktów za niektóre wykroczenia to 10). Zniesione zostaną też szkolenia, po odbyciu których liczba punktów kierowcy ulega zmniejszeniu. Nową propozycją jest także obligatoryjny przepadek pojazdu, gdy kierowca w stanie nietrzeźwości spowoduje co najmniej niebezpieczeństwo sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym. Sąd będzie mógł orzec przepadek pojazdu nawet w sytuacji, gdy nie jest on własnością sprawcy, a właściciel lub inna osoba uprawniona przewidywała albo mogła przewidzieć, że udostępniając sprawcy pojazd może umożliwić popełnienie przestępstwa. Takie same zasady będą obowiązywały w stosunku do osób kierujących pod wpływem środka odurzającego. Źródło: PAP,

piłka nożna dla bandytów